ABT - Dzień 1
Rzeszów-Barwinek-Budapeszt
04.02.2010 - 04.02.2010
Wreszcie nadszedł dzień, o którym tak długo myślałem. Wyskoczyłem z łóżka w sposób w jaki nie zwykłem tego robić o tej porze i o 7 zameldowałem się pod Urzędem Wojewódzkim, gdzie byliśmy umówieni. Od samego początku nasze spore plecaki przyciągały wzrok przechodniów. Początek podróży rozpoczęliśmy od przejazdu kursowymi busami Rzeszów-Dukla, Dukla-Barwinek. Nie wiele brakło a na ten drugi nie zdążyli byśmy dojechać na czas. W gronie pasażerów naszego busa była jednak kobieta pracująca w GDDKiA, która zadzwoniła do centrali i zleciła wyłączenie świateł na skrzyżowaniu utrudniającym sprawny przejazd. Koło 9 jesteśmy już na granicy polsko-słowackiej. Chwilę zastanawiam się czy my naprawdę wiemy co robimy. Wniosek jest prosty: nie ma nad czym myśleć, trzeba działać. Panie sprzątaczki z przygranicznego baru w podarunku wręczają nam kawałek kartonu i już jesteśmy gotowi do podróży do Grecji obranym przez nas sposobem. Szykując się do długotrwałego oczekiwania ubieram kurtkę i zawiązuję pod szyją arafatkę. Patryk żartobliwym tonem kwituje moje zachowanie:
- Bartek ściągaj to, za 15 minut wsiadamy do Tira jadącego do Budapesztu!
Właściwie wcześniej słyszeliśmy o wielokilometrowych przejazdach Tirami więc na dobry początek zdecydowaliśmy się spróbować wkręcić się do jakiejś przytulnej kabiny. Patryk sprawnie namierzył bliżej nieznanego, młodego kierowcę i po chwili słuchałem cwanej konwersacji:
- Przepraszaam, ile jest miejsc w tirze?
- Normalnie to dwa
- A bo byłem ciekaw, aaa dokąd Pan jedzie?
- Do Budapesztu, a co, chcecie?
- (przerwa na uśmiech) No tak, czemu nie
- A znacie drogę?
- Oczywiście, ale nas jest dwóch ...
- Nie ma problemu, raz wiozłem 5 osób, tylko za 40 min, teraz mam przerwę.
Faktycznie, niepotrzebnie się ubierałem. Jazda z Pawłem przebiegała spokojnie, nie licząc małego incydentu w Koszycach, gdzie pomyliliśmy drogę. Żaden ze Słowaków nie potrafił wytłumaczyć jak legalnie można wyjechać z zakamarku, w którym się znaleźliśmy. Nasz kierowca znalazł na to swój sposób zawracając w niedozwolonym miejscu pod nosem niezbyt bystrej słowackiej policji. Gdy na Węgrzech wjechaliśmy na autostradę podróż stała się monotonna, pozwoliłem sobie na drzemkę. Obudził mnie Patryk tuż przed Budapesztem, gdzie kierowca miał mieć rozładunek. W czasie gdy madziarscy pracownicy Praktikera wyciągali z pod plandeki kible my pożegnaliśmy się z naszym pierwszym dobroczyńcą. Na stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy rozpoczęliśmy trwającą prawie 3 tygodnie przygodę z konserwami. Najedzeni do syta mieliśmy siłę, aby przejść pozostałe do Budapesztu 2 czy 3 kilometry. W mieście postanowiliśmy wypróbować komunikację miejską. Autobusem 100ileś dojechaliśmy do dzielnicy, w której rozpoczęliśmy poszukiwania noclegowni. Niestety mój przewodnik, wydanie drugie poprawione, aktualizowane w 1996r okazało się nie być „na czasie” i rzekome pierwsze schronisko okazało się być teraz ośrodkiem rekreacyjno-sportowym. Nie popsuło nam to jednak humorów i niesieni euforią tak szybkiego dotarcia do Budapesztu szukaliśmy dalej.
Gdy kolejne dwa schroniska polecane przez przewodnik okazały się być kolejno opuszczonym domem i akademikiem opadała radość i wprost proporcjonalnie wzrastało zdenerwowanie. Po krótkim odpoczynku na trawniku przy przystanku autobusowym i prowizorycznej kolacji podjęliśmy męską decyzję o znalezieniu noclegu na dziko. Podjechaliśmy pod wzgórze Gellerta, noszące imię biskupa, z którego rąk Węgry przyjęły chrzest w 974r. Poganie jednak nie zaakceptowali chrystusowej nauki, wpakowali biskupa do beczki i zamanifestowali swój sprzeciw wobec nowych obrządków zrzucając Gellerta ze skały. Miejsce to upamiętnia teraz pomnik zamordowanego klerykała. Po męczącej i mało wnikliwej penetracji dolnej części wzgórza znaleźliśmy miejsce na nocleg. Patryk wyjmował namiot, ja bawiłem się latarką świecąc po okolicznych krzakach.
- By to szlag tam ktoś leży.
Miejscówkę już wcześniej zarezerwował sobie bezdomny madziar. Rozbiliśmy się 'piętro' wyżej.
Pierwszy dzień bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Wyszliśmy z domu jak do szkoły, a o 17, tak jak wrócilibyśmy z niej do domu, byliśmy w Budapeszcie. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, ile może zdziałać chęć dotarcia do celu i odwaga. O tym ile warte w takiej podróży jest samozaparcie i wytrzymałość dopiero mieliśmy się przekonać.
Przebyta trasa: ok. 460km Transport: 1 stop, 2 busy
Wysłane przez carpini 08.02.2010 04:04 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

















