Travellerspoint Blogi z podróży

ABT - Dzień 1

Rzeszów-Barwinek-Budapeszt

Wreszcie nadszedł dzień, o którym tak długo myślałem. Wyskoczyłem z łóżka w sposób w jaki nie zwykłem tego robić o tej porze i o 7 zameldowałem się pod Urzędem Wojewódzkim, gdzie byliśmy umówieni. Od samego początku nasze spore plecaki przyciągały wzrok przechodniów. Początek podróży rozpoczęliśmy od przejazdu kursowymi busami Rzeszów-Dukla, Dukla-Barwinek. Nie wiele brakło a na ten drugi nie zdążyli byśmy dojechać na czas. W gronie pasażerów naszego busa była jednak kobieta pracująca w GDDKiA, która zadzwoniła do centrali i zleciła wyłączenie świateł na skrzyżowaniu utrudniającym sprawny przejazd. Koło 9 jesteśmy już na granicy polsko-słowackiej. Chwilę zastanawiam się czy my naprawdę wiemy co robimy. Wniosek jest prosty: nie ma nad czym myśleć, trzeba działać. Panie sprzątaczki z przygranicznego baru w podarunku wręczają nam kawałek kartonu i już jesteśmy gotowi do podróży do Grecji obranym przez nas sposobem. Szykując się do długotrwałego oczekiwania ubieram kurtkę i zawiązuję pod szyją arafatkę. Patryk żartobliwym tonem kwituje moje zachowanie:
- Bartek ściągaj to, za 15 minut wsiadamy do Tira jadącego do Budapesztu!
Właściwie wcześniej słyszeliśmy o wielokilometrowych przejazdach Tirami więc na dobry początek zdecydowaliśmy się spróbować wkręcić się do jakiejś przytulnej kabiny. Patryk sprawnie namierzył bliżej nieznanego, młodego kierowcę i po chwili słuchałem cwanej konwersacji:
- Przepraszaam, ile jest miejsc w tirze?
- Normalnie to dwa
- A bo byłem ciekaw, aaa dokąd Pan jedzie?
- Do Budapesztu, a co, chcecie?
- (przerwa na uśmiech) No tak, czemu nie
- A znacie drogę?
- Oczywiście, ale nas jest dwóch ...
- Nie ma problemu, raz wiozłem 5 osób, tylko za 40 min, teraz mam przerwę.

Faktycznie, niepotrzebnie się ubierałem. Jazda z Pawłem przebiegała spokojnie, nie licząc małego incydentu w Koszycach, gdzie pomyliliśmy drogę. Żaden ze Słowaków nie potrafił wytłumaczyć jak legalnie można wyjechać z zakamarku, w którym się znaleźliśmy. Nasz kierowca znalazł na to swój sposób zawracając w niedozwolonym miejscu pod nosem niezbyt bystrej słowackiej policji. Gdy na Węgrzech wjechaliśmy na autostradę podróż stała się monotonna, pozwoliłem sobie na drzemkę. Obudził mnie Patryk tuż przed Budapesztem, gdzie kierowca miał mieć rozładunek. W czasie gdy madziarscy pracownicy Praktikera wyciągali z pod plandeki kible my pożegnaliśmy się z naszym pierwszym dobroczyńcą. Na stacji benzynowej po drugiej stronie ulicy rozpoczęliśmy trwającą prawie 3 tygodnie przygodę z konserwami. Najedzeni do syta mieliśmy siłę, aby przejść pozostałe do Budapesztu 2 czy 3 kilometry. W mieście postanowiliśmy wypróbować komunikację miejską. Autobusem 100ileś dojechaliśmy do dzielnicy, w której rozpoczęliśmy poszukiwania noclegowni. Niestety mój przewodnik, wydanie drugie poprawione, aktualizowane w 1996r okazało się nie być „na czasie” i rzekome pierwsze schronisko okazało się być teraz ośrodkiem rekreacyjno-sportowym. Nie popsuło nam to jednak humorów i niesieni euforią tak szybkiego dotarcia do Budapesztu szukaliśmy dalej.

1_wpis.jpg

Gdy kolejne dwa schroniska polecane przez przewodnik okazały się być kolejno opuszczonym domem i akademikiem opadała radość i wprost proporcjonalnie wzrastało zdenerwowanie. Po krótkim odpoczynku na trawniku przy przystanku autobusowym i prowizorycznej kolacji podjęliśmy męską decyzję o znalezieniu noclegu na dziko. Podjechaliśmy pod wzgórze Gellerta, noszące imię biskupa, z którego rąk Węgry przyjęły chrzest w 974r. Poganie jednak nie zaakceptowali chrystusowej nauki, wpakowali biskupa do beczki i zamanifestowali swój sprzeciw wobec nowych obrządków zrzucając Gellerta ze skały. Miejsce to upamiętnia teraz pomnik zamordowanego klerykała. Po męczącej i mało wnikliwej penetracji dolnej części wzgórza znaleźliśmy miejsce na nocleg. Patryk wyjmował namiot, ja bawiłem się latarką świecąc po okolicznych krzakach.
- By to szlag tam ktoś leży.

Miejscówkę już wcześniej zarezerwował sobie bezdomny madziar. Rozbiliśmy się 'piętro' wyżej.
Pierwszy dzień bardzo pozytywnie nas zaskoczył. Wyszliśmy z domu jak do szkoły, a o 17, tak jak wrócilibyśmy z niej do domu, byliśmy w Budapeszcie. Zdaliśmy sobie sprawę z tego, ile może zdziałać chęć dotarcia do celu i odwaga. O tym ile warte w takiej podróży jest samozaparcie i wytrzymałość dopiero mieliśmy się przekonać.

Przebyta trasa: ok. 460km Transport: 1 stop, 2 busy

Wysłane przez carpini 08.02.2010 04:04 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

ABT - Dzień 2

Budapeszt-Seged-przejście graniczne Roszke-Horgos

Obudził nas bezczelnie drący się w niebogłosy kruk. Widok joggingującego nieopodal Koreańczyka uświadomił nam jak blisko deptaka nocowaliśmy. Nie marnujemy czasu, jeszcze dobrze nie rozbudzeni docieramy na szczyt wzgórza do Cytadeli wzniesionej przez Habsburgów w okresie Wiosny Ludów. Z bliska oglądamy teraz obiekt o ciekawej historii, Pomnik Wolności widoczny chyba z każdego miejsca w Budapeszcie. Gdy wystarczająco nacieszyliśmy się panoramą śpiącego jeszcze Budapesztu (było dosyć wcześnie) zabraliśmy się za zwiedzanie Pesztu.

2_wpis.jpg

    Panorama Budapesztu z Cytadelii

Na pierwszy ogień poszedł neogotycki parlament strzegący najcenniejszej relikwii narodu węgierskiego – korny Św. Stefana. Obok gmachu znajduje się Kossuth ter(plac Kossutha), na którym w 1956 r. ludność stolicy manifestowała swój sprzeciw wobec komunistycznych rządów. Stanęliśmy także na Moście łańcuchowym – ‘środku’ państwa Węgierskiego, wszystkie bowiem przydrożne słupki liczące kilometry odmierzają odległość do tego miejsca. Wzniośle czułem się podczas spaceru symetrycznymi uliczkami starej części Pesztu, schludne kamienice i co chwile napotykane pomniki dodawały majestatu temu miejscu.

3wps.jpg

    Parlament

4wpis.jpg

    Pomnik Wolności

Nastała jednak pora na wyruszenie w dalszą drogę. Drugi raz na ten sam bilet wsiedliśmy do metra, nie ta linia. Za radą przechodnia po kilku tramwajowych przesiadkach dotarliśmy na wylotówkę na Szeged. Pierwsze oficjalne łapanie stopa ‘z kartonem’. Lekko stremowani stajemy przy drodze kusząc kierowców pięknym napisem na tabliczce Szeged/Serbia. Po 25 minutach ktoś się zatrzymuje. To do nas! Jest! Uczucie nie znanej wcześniej radości nie przeszkadza w sprawnym wrzuceniu manatków do samochodu kulturalnego i przyjaznego Madziara. Kierowca świetnie zna angielski, dobrze nam się rozmawia o wspólnej historii i podróżach. Żegnamy się kilka kilometrów przed Szeged na benzinkút. Pierwsze chińskie zupki dają nam siłę, aby zagaić pauzujących na parkingu tureckich tirowców. Bez skutku. Łapiemy dalej przy drodze. 40 minut i już siedzimy w przestronnym Oplu Astrze z węgierskim biznesmanem Erno. Okazało się, że sam kiedyś próbował hitch-hikingu, więc korzystając z jego doświadczenia zajęliśmy pozycję przy drodze przez niego wskazaną. Szybko zadziałało. Po 10 minutach wsiadamy do rozkładającego się kangura rozbrzmiewającego w dźwiękach przerażającego disco polo. Kierowca jest zadowolony, że jesteśmy polakami, sam ma kogoś w naszej ojczyźnie, czujemy wspólną więź. W tych ciężkich warunkach dojeżdżamy do granicy. Strona węgierska – kontrola raz, dwa. Idąc pasem niczyim z czerwonego samochodu marki Yugo Koral 55 woła nas pobudzony Serb. Pełni podejrzeń decydujemy się wsiąść. Napięcie narasta, zbliżamy się do kontroli, kierowca rozpoczyna żywą dyskusję z celnikiem. Po odbyciu odprawy euforia i radość. Przemyt? Wszystko wyjaśnia się 2 km dalej na бензинска пумпа. Kierowca dynamicznie wysiadł z samochodu i podniósł maskę. Z szerokim uśmiechem prezentował nam przewiezione bezprawnie przez granicę … baleron, szynkę, kiełbasę i inne wyroby. Byliśmy więc przykrywką dla lokalnej szajki szmuglerów. Chyba się do tego nadajemy, akcja wykonana perfekcyjnie.
Po krótkim pożegnaniu (niestety nie otrzymaliśmy niczego za nasz bierny udział w przemycie) dokonaliśmy szybkiej, wnikliwej wizji lokalnej. Dwie stacje benzynowe z płatnymi natryskami, droga na Belgrad i pola przeplatane sadami dookoła. Chcieliśmy się wyrwać stąd jak najprędzej, szybko zorganizowaliśmy autostopową placówkę. Długo ciągnące się kolejne minuty urozmaicił nam mieszkaniec pobliskiego miasteczka Horgos, akurat wyjeżdżający ze stacji. Gdy gorliwie próbował dowiedzieć się czegoś o harcerskim kapeluszu Patryka ja kokietowałem jego 50-cio letnią żonę, na próżno, na kolację nie zaprosiła. Po ich odjeździe nie czekaliśmy długo na następnych ciekawskich tubylców. Nowopoznanych, przybyłych na rowerach, nieskończenie dociekliwych i pomocnych bez zastanowienia ochrzciliśmy jako „Rumuński Gang Rowerowy”. Grupa podstępnie pragnęła dowiedzieć się co tu robimy, gdzie i kiedy będziemy nocować i co mamy w plecakach. Jedynie intuicyjnie podejrzewając zamiary przestępstwa spławiliśmy ich.
Przy trasie spędziliśmy jeszcze kilkanaście minut po czym nadszedł czas ażeby zwinąć interes. Podekscytowani kolejnym dniem (wszak znowu przesunęliśmy się o jeden kraj „w dół”), po upewnieniu się, że nie jesteśmy śledzony przez rowerowy gang rozbiliśmy namiot w przydrożnym sadzie.

Przebyta trasa: 182 km; Transport: 3 stopy

Wysłane przez carpini 08.02.2010 04:03 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

ABT - Dzień 3

Horgos-Belgrad-Nis-Macedonia

Rano pełni wigoru doczłapaliśmy do stacji by szukać okazji. Przed tym sprawnie umyliśmy się pod kranem, aby przywrócić sobie swój naturalny urok osobisty i czarującą aparycję. Na pierwszy ogień poszli tirowcy. Międzynarodowe towarzystwo kierowców pauzujące na parkingu odrzuciło przyjacielskie prośby uśmiechniętych podróżników. Dzień nie zaczął się obiecująco, ale jedną z autostopowych prawd jest to, że człowiek nigdy nie wie co się wydarzy. Trochę zniechęceni, lecz wciąż pełni siły obstawiliśmy część drogi przy wyjeździe ze stacji. Jakże trafny był to wybór! Wyjeżdżający z benzinpumpy chwilę przedtem zapoznany driver firmy SlavTans Saszko dogadał się ze swoim rodakiem Mariem. Oznajmili nam, że chętnie nas do Macedonii zawiozą jeśli… zajmiemy miejsca w osobnych tirach. Prawo zabraniało podróżowania w kabinie w 3 osoby. Okazja doskonała, lecz czy nie ma w tym jakiegoś podstępu? Nie ma co zwlekać, jeszcze nam odjadą! Nakeży pamiętać, że w grę nie wchodzi jakaś kilkukilometrowa podrzutka, lecz ekspresowy, bezpieczny tranzyt przez całą Serbię.

5v_wpis.jpg

    Droga na Belgrad

Osobno zaczęliśmy się klimatyzować w potężnych pojazdach macedońskich kolegów. Jazda okazała się niezłą rozrywką, mimo że do przejechania był spory kawałek. Na wspólnych postojach wymienialiśmy z Patrykiem spostrzeżenia na temat kierowców i tego co dzieje się w kabinach. Ja mogłem się pochwalić przesłuchaną po serbsku audycją radiową dotyczącą lądowania w Normandii (był 6.VI) i zaktualizowaną za sprawą drivera wiedzą na temt konfliktu macedońsko-greckiego. Patryk natomiast miał zaszczyt słuchać prawdziwej jugosłowiańskiej muzyki w aranżacji kierowcy, a także zdarzyła mu się okoliczność przyglądania się temu jak można zaparzyć sobie kawę jedną ręką jednocześnie prowadząc tira. Żaden barman nie pogardziłby takimi umiejętnościami.

Podczas przejazdu obok miejscami fantastycznych serbskich krajobrazów oraz nieuporządkowanego Belgradu w oczy rzucała się masa potrąconej przez samochody, nieżywej zwierzyny rozkładającej się na poboczach oraz swego rodzaju kapliczki poświęcone ofiarom drogowych wypadków. Nie zachwiało to mojej psychicznej równowagi gdyż byłem szczęśliwy, że jadę. W wielu przypadkach właściwie w ogóle nie zwracaliśmy uwagi na warunki w jakich podróżujemy, nieciekawą okolicę przez jaką przejeżdżamy, a zupełnie niepotrzebne i śmieszne zdarzały się być zapytania kierowców czy jest nam wygodnie. Liczył się sam fakt pokonywania kolejnych kilometrów, docierania do tych miejsc, do których planowaliśmy dojechać, albo po prostu tam gdzie zaprowadzi nas przypadek.

Po całodziennej podróży, różnorakich wrażeniach, migowo-paplanych dyskusjach trasą Horgos-Novi Sad-Belgrad-Nisz-Vranje udało się dotrzeć do kolejnego przejścia granicznego. Dumnie wkroczyliśmy na terytorium Republika e Maqedonisë. Uczucie dokonania takiego postępu nie towarzyszyło nam już w żadnej innej chwili tej podróży. Po opadnięciu krótkiej euforii tradycyjnie rozejrzeliśmy się po okolicy. Do dyspozycji mamy kilka budek-restauracji, kantory, spory parking dla tirów oraz lasek ze strumykiem przez niego przepływającym. Nieodłączny element scenerii tworzyła sfora psów biegających tam i z powrotem w poszukiwaniu jedzenia. Nie raz stawialiśmy się ofiarą głośnych ujadań tej niemalże dzikiej zwierzyny . Jednak nie potrzebnie się tym przejmowaliśmy, gdyż jak żartobliwie stwierdził później spotkany Saszko to tylko „dog security”.

6_wpis.jpg

    Odpoczynek przy granicy serbsko-macedońskiej

Nadeszła pora na znalezienie miejsca na namiot. Ulokowaliśmy się blisko rzeki, w której odbyliśmy ekskluzywną kąpiel. Czyściutcy w dobrych humorach wleźliśmy do śpiworów. Przyzwyczaiłem się już do takiej formy spania, na początku mój niepokój budził każdy najmniejszy szelest, teraz nie zwracałem większej uwagi na balangujących po drugiej stronie rzeki Macedończyków.

Przebyta trasa: .... Transport: 1 stop!

Wysłane przez carpini 08.02.2010 04:02 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

Budget accommodation bookings

Read reviews from other Travellerspoint members.

ABT - Dzień 4

…-Kumanovo(?)-Saloniki-Sithonia

Pobudka dosyć wcześnie. Handicapowy czas poświęciliśmy na poranną toaletę w strumyku. Rutynową czynność składania namiotu przerwał nam rybak idący od strony ów potoku odgradzającego nas od zachodu od świata. Poznając, iż jesteśmy obcokrajowcami przytoczył krótkie wspomnienie Jugosławii i tamtych lepszych dla ludzi tutaj czasów. Kolejny i nieostatni przypadek nostalgii za krajem Tity. Wędkarz odszedł w swoją stronę, a my na parking polować na tirowców. Tym razem prawie sami Macedończycy.

tir.jpg

- Excuse me, where are you going? Z uśmiechem na twarzy to pytanie co chwile wytaczało się z ust któregoś z nas. Odpowiedzi nie prognozowały wczesnego wyjazdu z parkingu
- I have big pauza
- Don`t uderstand
-?
-I don`t have space
-I have big pauza
-Big pauza

Eh… mogliby wykazać się odrobiną empatii. Wreszcie z mocno przetrzebionego parkingu wybieramy Gorana lubującego się w muzyce Gorana Bregovicia, który zaoferował transport pod miejscowość Kumanovo. Docieramy na miejsce. Znaleźliśmy się w dziwnie znajomej scenerii, stacja benzynowa, droga szybkiego ruchu i dzika przyroda dookoła. Nie zwlekając zaatakowałem stację benzynową w celu wyciagnięcia od ekspedienta kartonika. W czasie gdy ja profilowałem tabliczkę Patryk już zdążył zatrzymać samochód. A tyle się nasłuchałem, że w Macedonii nie ma samochodów, że to tylko trasa przejazdowa do Grecji, że ludzie niecywilizowani. A właśnie do tego czasu najwięcej zawdzięczaliśmy właśnie Macedończykom. Nie dowiesz się dopóki sam nie zobaczysz. Porządny, czarny Mercedes stał u naszych stóp. Wygląd kierowcy wywołał u mnie wyobrażenie tutejszej mafii klasy B, chudy, ciemne okulary, blizna na twarzy, gwałtowny sposób mówienia. I od razu chciał na nas zarobić, do Salonik mogliśmy dojechać za 25euro. Oczywiście nie ma głupich, taka cena, choć jak na polskie warunki nie za wysoka, dla zawartości naszych portfeli jednak nieodpowiednia. W planach nie było w ogóle koncepcji autostopowania za pieniądze, gdyż równie dobrze można jeździć autobusami lub pociągami, ale pokusa dotarcia na wybrzeże, bliskość osiągnięcia celu i perspektywa korzystania z wszystkich wygód plaży jeszcze dziś zrobiła swoje. Za wykonanie ostatniego skoku „o jedno państwo w dół” zobowiązaliśmy się zapłacić 15euro. Wspaniale przejeżdżało się przez urokliwą Macedonię. Co chwile zza jakiegoś wzgórza wyłaniało się miasteczko, bajecznie wyglądały stada owiec pasące się na zielonych łąkach. Jest w krajobrazie tego kraju specyfika, która szczególnie przypadła mi do gustu. Kiedyś musze zobaczyć ten kraj „z bliska”. Niezaprzeczalnie mniej zachwycił mnie nasz zachłanny szofer. Drobne kłopoty miały miejsce gdy dotarliśmy na miejsce. Pewnie z racji na nasz młody wiek jegomość myślał, że spotkał frajerów i zażądał 20euro tłumacząc, że miał problemy na granicy i dodatkowo specjalnie pofatygował się zawieść nas do centrum miasta. Bez zastanowienia odrzuciliśmy jego niehonorowe roszczenie. Jego gwałtowne ruchy i straszenie nas telefonami do kolegów czy też na policję nic tutaj nie pomogły. Olewczo odwróciliśmy się na pięcie ruszając w stronę właściwego centrum. Dopiero po tej denerwującej sprzeczce doszło do nas to co najważniejsze: to już Grecja! Cel udało się osiągnąć szybciej niż się tego spodziewaliśmy. Na długo zapamiętuje takie momenty, w których potwierdza się teza, że jeśli chcesz to możesz.

11_wpis.jpg

35stopniowy upał nie pozwalał się energicznie cieszyć ze spełnionego zadania, śródziemnomorski klimat od razu dał nam się we znaki. Poratowaliśmy się komunikacją miejską. Mam nadzieję, że w związku z naszymi darmowymi przejazdami Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne Saloniki nie poniosło zbyt pokaźnych strat. Kilkukrotnie przesiadaliśmy się z autobusu do autobusu i wreszcie za radami przechodniów docieramy pod Białą Wieżę, która jest pozostałością po wielkim otomańskim sułtanie Sulejmanie Wspaniałym. Dziś mieści Muzeum Kultury Bizantyjskiej i jest powszechnie uważana za symbol miasta.

7wpis.jpg

    Biała Wieża

Aby na chwilę przystopować rozłożyliśmy się w parku obok pomnika Aleksandra Wielkiego. Patryk skorzystał z promocji coca-coli ( jakieś hostessy rozdawały je z gratisowego stoiska), otworzyliśmy puszkę tuńczyka i spożyliśmy iście królewski obiad, jak na nasze warunki, godny wyczynu, którego dokonaliśmy. Długo nie gościliśmy w tym założonym przez macedońskiego króla Kasandra w 315r p.n.e. mieście, chcieliśmy pójść za ciosem i noc spędzić na półwyspie Chalcydyckim. W autobusie jadącym na podmiejski dworzec przypadkowo natknęliśmy się na parę Greków zmierzających właśnie w tym kierunku co my. Wspólnie zameldowaliśmy się w tutejszym PKS-,ie i razem wysiedliśmy na przystanku, gdzie zastaliśmy ich znajomą. W pojemnym jeepie mknęliśmy na najbardziej dziką i nie skomercjalizowaną odnogę półwyspu Chalcydyckiego Sithonię. Zabawianie Greczynek rozmową nie trwało długo, po kilkudziesięciu minutach przed nami rozpościerała się łagodna piaszczysta plaża zamknięta z dwóch stron przez białe, znośnie chropowate skały. Całość tworzyła bajkową zatoczkę będącą nagrodą za wszystkie dotychczasowe zmagania. Rozłożyliśmy się na skałach.

9_wpis.jpg

8_wpis.jpg

Dużo czasu spędzonego w wodzie i bliższe zapoznanie się Patryka z jeżowcami to końcówka tego intensywnego dnia, który został zwieńczony przez hipnotyzujący zachód słońca. Czułem się wtedy jakby w promieniu kilku kilometrów nie było żywego ducha, choć dookoła w swoich potężnych namiotach rezydowało sporo Greków. Z jednej strony mistyczna góra Athos, enklawa ascetycznych mnichów, gdzie wstęp mają jedynie mężczyźni, z drugiej zdecydowanie za szybko chowające się za horyzontem słońce. Przy regularnym, łagodnym szumie fal całość sprawiała, że czułem się prawdziwie zrelaksowany.

10_wpis.jpg

Żadne spa ci tego nie da. Pierwszy raz od dawien dawna spałem po gołym niebem.

Przebyta trasa: .... Transport: 1 tir-stop, 1 pseudo-taxi, 1 koleżeńskie podwiezienie

Wysłane przez carpini 08.02.2010 04:01 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

ABT - Dzień 5

Cały ten dzień poświęciliśmy na robieniu rzeczy, dla których tu przyjechaliśmy. Wyciągaliśmy się na plaży, lataliśmy po skałach, poznawaliśmy ludzi. Udało mi się nawet skosztować tradycyjnej greckiej wódki Ouzo. Przegryzana serem Feta stanowi tu prawdziwy rarytas, dla mojego słowiańskiego podniebienia nie stała się jednak ulubionym trunkiem.

13_wpis.jpg

15wpis.jpg

To był bardzo luźny dzień, bez godzin spędzonych przy szosie i kombinowania. Ten relaks zaczął nudzić się Patrykowi, który zdecydowanie jest człowiekiem czynu, a nie słodkiego lenistwa. Oczekiwanie na bardziej aktywne zajęcie połączyło się niekwestionowanym fanatyzmem jakim Patryk darzy góry. Tak narodził się pomysł zdobycia Olimpu. Planowana zmiana otoczenia wydawała się przewrotna, dziś jeszcze plaża i cieplutkie morze, jutro góry i śnieg. Ale przecież właśnie o to chodzi, sam nie wiedziałem, że tak wspaniale będziemy w stanie sami siebie zaskoczyć.

Jeszcze tego wieczoru, gdy gorliwie zastanawialiśmy się jak może wyglądać przebieg następnego dnia pozytywnymi fluidami starał naładować się nas nieznajomy, wyglądający na włóczęgę.

12wpis.jpg

Siedząc na wysuniętej w wodę skałę grał na fletopodobnym instrumencie.

14_wpis.jpg

Jego spokojna melodia idealnie harmonizowała się z żegnającym się z nami słońcem.

Wysłane przez carpini 08.02.2010 03:59 Tagged hitchhiking Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 5 z 17) Strona [1] 2 3 4 » Następny