ABT - Dzień 10
Bitola-Struga-Tirana
12.02.2010 - 12.02.2010
Noclegowisko celowo zorganizowaliśmy blisko drogi, aby zaraz po wstaniu zabrać się za łapanie stopa. Spokojna szosa nie obfitowała w samochody, ale po 30-40 minutach siedzieliśmy w aucie nałogowego palacza po operacji serca, znawcy regionu Akiego. Jedziemy do Strugi. W trakcie przejazdu osłuchaliśmy się o politycznych problemach grecko-macedońskich, turystyce nad jeziorami, a także zaciągaliśmy się wulkaniczną wonią ... no właśnie nie wiem skąd się wzięła ale Aki zwrócił naszą uwagę gdy przejeżdżaliśmy przez którąś z kolei wioskę. W Strudze czym prędzej chcieliśmy dostać się nad jezioro. Schludną, zatłoczoną promenadą pełną butików, sklepów z pamiątkami, pubów, eleganckich hoteli i dyskotek doszliśmy nad czyściutką, piasczystą plażę. W cieplutkiej i niezamulonej wodzie znaleźliśmy orzeźwienie, które w takiej temperaturze przydałoby się pewnie każdemu. Po niedługim relaksie w drodze do jakiejkolwiek budki z miejsowym jedzeniem natknęliśmy się na pucybutów. Nie sądziłem, że ta „nstytucja” jeszcze funkcjonuje. W barze u Macedończyka rozkochanego w Polce z Katowic delektowaliśmy się popularnym na Bałkanach burkiem, nadziewanym plackiem wykonanym z ciasta francuskiego. Degustowaliśmy wersję z serem. Znalazło to danie uznanie naszych podniebień. Z połączenia tego faktu z niską ceną tej ekskluzywnej potrawy wynikło zakupienie jednego placka „na drogę”. A więc najedzeni, czyściutcy, zrelaksowani jesteśmy gotowi na to aby wkroczyć na terytorium Albanii!
Do granicy złapaliśmy 3 krótkie stopy, a na przejściu przybito mi najładniejszą pieczątkę jaką chwalić się może mój paszport. Republika e Shqipërise, Aloha! Macedończycy ostrzegali nas, że w tej części Albanii prawo stanowi mafia z Korczy, rozpoznać ich można po charakterystycznych zarnych Mercedesach. Właśnie taki się dla nas zatrzymuje. Wsiadamy, ktow wie kiedy zatrzyma się ktoś następny.
Wjazd do Albanii naprawdę wyglądał bajecznie. Po lewej lśniące w blasku słońca jezioro Prespa, po prawej w dole rozciągająca się niemalże jałowa równina. Wszystko to oglądamy ze wzniesienia obudowanego bunkrami, którymi Albanię postanowił obbudować komunistyczny dyktator Enver Hodża. Zatrzymaliśmy się najpiew na stacji benzynowej, dosiadł sę do nas groźnie wyglądający Albańczyk ogolony na Freda z filmu Chłopaki nie płaczą. Porozumiał się z kierowcą za pomocą garści słów i ruszyliśmy dalej. Między nami zapanowała atmosfera niepewności. Rozluźniliśmy napięcie pytając co robią chłopcy lejący non-stop wodę z węży ogrodowych na asfalt. Okazało się, że to myjnie samochodowe, w ten sposób małe „firmy” się reklamują. Słowo Lavazah znaczące myjnia przewinie się jeszcze 1000razy gdy będziemy przemierzać malowniczą Albanię.
Wysiedliśmy w pierwszej wiosce za granicą. Albańczycy nie okazali się być mafiozami, nie okradli nas, nie zabili, ani nie porwali. Ludzie jak wszyscy inni, jedynie stereotyp o w pełni zdziczałej Albanii tworzy psychologiczne przeświadczenie, że nie ma tu czego szukać.
Ten brak przyzwyczajenia Albańczyków do turystów, szczególnie takich jak my, z wielkimi plecorami, od razu rzucił się w oczy. Zostaliśmy otoczeni przez grupkę dzieciaków żywo gestykulujących i szarpiących nas za nasze toboły. Nie byliśmy zorientowani czego od nas chcą więc szybko oddaliliśmy się, do czego mobilizowały nas także zdziwionespojrzenia miescowych. Po wyjściu z wioski minęliśmy pozostałości po szybach kopalnianych. Chętnie bym się tam przespał, ale do końca dnia jeszcze sporo czasu.
W wielu poradnikach dla autostopowicza moża przeczytać, że nie ma co tracić czasu na łapanie stopa w tunelach, na mostach, za ostrymi zakrętami. Dla nas cichy, ale przesympatyczny kierowca zatrzymał się na środku wiaduktu. Spodobał mi się ten dystans do reguł, niekoniecznie autostopowych, ale na pewno tych ruchu drogowego. Zawsze cieszę się, gdy uda mi się zrobić coś, co większość ludzi uważa za rzadkie i niespotykane, choć w tym przypadku nie miałem na to większego wpływu.
Trasa przejechana do Tirany była zdecydowanie najbardziej ujmującym odcinkiem przebytym podczas całej wyprawy. Błękitne wstęgi wody przecinające czerwono-brunatne wzgórza pokryte ubogą roślinnością, biedne wioski bronione przez betonowe bunkry oglądane przez brudną szybę jeepa sprawiły, że zupełnie nie zwracałem uwagi na szalejącego po wąskich serpentynach kierowcę. Nagle, gdy minęliśmy dolinę, w której zagnieżdżone jest miasto Elbasan, zatrzymaliśmy się na ciasnym miejscu postojowym pośrodku zakrętów. Nasz przewoźnik zafundował nam koszyk popularnych tutaj białych morw, bardzo soczystych i przyjemnie słodkich. Tak sielsko spędziłem ten przejazd, że aż nie chciałem opuszczać tego kilkunastoletniego jeepa. Coż, krótkie ‘bye’ i bierzemy się za albańską stolicę. Plan jest krótki i zwięzły – dostać się na stację kolejową i pojechać na północ, do Szkodry. Nie mieliśmy koncepcji na nocleg, a wielkie miasto nie sprzyja takim sytuacjom jeśli chce się spać w namiocie. Pytamy więc o train, zug, vlak, vostok i pociąg, bez rezultatu. Dopiero na ulicy Papa Jion Pauli II (??) spotykamy kobietę władającą świetnie akcentowaną angielszczyzną i to dzięki niej poznajemy drogę na dworzec. Udało nam się jednak pomylić wytłumaczoną nam dokładnie trasę. Dłuższy spacer pozwolił oswoić się i poznać Tiranę z bliższej odległości. Albańscy mężczyźni lubują się w barach, prawie każdy mijany przez nas blok mieścił przynajmniej jedną taką placówkę. Wewnątrz niemal zawodowo rozbawione męskie towarzystwo gra w domino. Zamknijmy na chwilę oczy i wyobraźmy sobie, że coś takiego dzieje się w Polsce. 1000 km dzieli nas na mapie i taka sama odległośc jest pomiezy naszą obyczajowością.
W nocy miasto rozbłysło światłami, ruch wcale nie zmalał. No właśnie, w nocy, a my wciąż nie jesteśmy na dworcu! Wreszcie udaje się dotrzec. To jest dworzec? Przechodzimy przez wiejące grozą slumsy na jeden jedyny peron. Pracownik kolei oznajmia nam, że następny pociąg do Szkody odjeżdża nazajutrz p 15. To jeden z takich momentów, kiedy jedyne co nasuwa się na myśl to głupkowato się uśmiechnąć. Trochę podłamani siadamy na krawężniku, jedząc kolację obmyślamy plan. Na pocieszenie para homoseksualistów częstuje mnie papierosem. Decydujemy się wyjść z miasta na piechotę i na obrzeżach rozbić namiot.
Po wyściu z centrum robi się coraz mniej przyjemnie, dziury w chodnikach, bezpańskie psy szlajające się po pustych ulicach. Ludzi jest tu jak na lekarstwo. Tylko gdzieniegdzie siedzą poukrywani w barach mężczyźni pochłonięci przez swoją grę. Nieliczni taksówkarze namawiają nas stanowczo do skorzystania z ich usług.
Od pewnego momentu mijamy tylko magazyny, place budowy ( nocować się nie dało, każdy jeden miał swojego stróża!) i te drażniące, wszędobylskie napisy lavazah, lavazah, lavazah. Każdy mieszkaniec Tirany ma chyba swoją myjnię. Raziła też spora ilość stacji benzynowych, zastanawiał mnie fakt, że łatwiej było na nie natrafić niż na sklepy spożywcze.
Po około 5 godzinach kończy się nasza nocna wędrówka. Rozbijamy namiot na polu, Patryk roztargniony przebiegiem dnia zostawia portfel przed wejściem. Każdy dzeń ma 24 godziny, ten by jednak bezapelacyjnie najdłuższym z tycj, które spędziliśmy na Bałkanach.
6 stopów; km
Wysłane przez carpini 08.02.2010 03:50 Tagged hitchhiking









